Menu Zamknij

Zdjęcia

2020
Search
2019
Search
2018
Search
2017
Search
2016
Search
2015
Search
2014
Search
2013
Search
Sylwester 2012
Piątek 28.12.2012Wczesna pobudka w przerwie świątecznej nie jest czymś, co człowiekowi często się zdarza. No chyba, że dzieje się coś dużej wagi, jak na przykład wyjazd sylwestrowy ze stUdnią. Tego dnia wczesnym rankiem wyruszyłem do klasztory ojców dominikanów na Służewiu, gdzie już czekał autokar, wiozący nas do Hermanic. O podróży nie będę się rozpisywał - przypomnijcie sobie podróże autokarem, które mieliście okazję odbyć w życiu - tak, tak właśnie wyglądała. Na miejscu powitał nas zadbany ośrodek, z wieloma pokojami, kuchnią jadalnią oraz dużą świetlicą (na której znajdował się tłumnie oblegany zjadacz czasu, w postaci stołu bilardowego). Ponieważ był już wieczór, nasza działalność zogniskowała się na terenie rzeczonego ośrodka. Zagraliśmy w parę gier integracyjnych, potem zaś każdy integrował się we własnym zakresie. Duża liczba nowych twarzy po raz kolejny uświadomiła mi, że nasza stUdnia, jak na studnię przystało, jest bardzo pojemna i jest w niej więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje.Sobota 29.12.2012W góry! w góry miły bracie! Zgodnie ze słowami Wincentego Pola, kolejny dzień w dużej mierze poświęciliśmy górskim szlakom, choć bliżej było temu do rekreacji, niż forsownych przepraw. Po drodze zagraliśmy w osławioną grą (dez)integracyjną "molekuły", przybliżającą tajemnice chemii elementarnej oraz ćwiczącą przepychanie i rozbijanie się łokciami (cenna umiejętność, którą docenimy w metrze czy autobusie jadącym na uczelnię). Na górze czekały na nas podwoje karczmy, w której można było wygrzać zziębnięty kuper i wziąć coś na ząb. Z tarasu rozpościerała się wspaniała panorama okolicznych szczytów - jedna z rzeczy, których obietnicą góry kuszą najbardziej. W drodze w dół mogliśmy spróbować swoich sił w "bitwie pod Grunwaldem". Owa zabawa z silnymi elementami rekonstrukcji historycznej polega na wiernym odtworzeniu realiów średniowiecznej bitwy - a więc bezwładnym kłębowiskiem ciał, kończyn, ludzi i zwierząt (te ostatnie imitowali panowie), gdzie ponad zgiełk bitwy wybijały się okrzyki masakrowanych i padających pod kopyta jeźdźców (w tej roli panie). Wieczór tradycyjnie przyniósł odpoczynek i ukojenie po trudach dnia. Nie należy zapomnieć też o codziennie sprawowanej przez naszych ojców mszy św. Dzięki sekretnemu przejściu łączącemu ośrodek z kościołem, mogliśmy nie wystawiając nogi na dwór znaleźć się w kościele (gdy porównam to z korytarzem na Służewiu, zauważam, że dominikanie najwyraźniej lubują się w takich rozwiązaniach).Niedziela 30.12.1012Dziś jedność naszej grupy została rozdarta przez plany organizacyjne. Cześć osób, pod przewodem Magdy, udała się na basen (choć nazwa park wodny byłaby chyba odpowiedniejsza). Ponieważ tam nie byłem, opierając się na relacjach innych mogę stwierdzić, że najwyraźniej było "fajnie", "spoko" i "w porządku". Cieszy mnie to, gdyż nasza górska eskapada (z nami z kolei wyruszył Mikołaj) była również nad wyraz udana. I choć na szczycie dmiał lodowaty wiatr, a pod butami skrzypiał śnieg, nieulęknienie szliśmy górskim łańcuchem, podziwiając piękno przyrody. Co prawda, zima przejawiająca się brunatną glebą i łysymi koronami drzew, bardziej przypominała wiejską starowinę niż wyniosła królową z baśni Andersena, ale i tak można było poczuć klimat tej jedynej w swoim rodzaju pory roku. Wieczorem mieliśmy mały bonus - Roksana zaprezentowała nam tzw. "cuda na kiju", czyli dla nieznających fachowej terminologii - taki fire show polegający na kręceniu kijem poi, niczym Darth Maul w Mrocznym Widmie, w rytm muzyki. Muszę przyznać, że obraz ten uświadomiłem mi jeden z głównych powodów, który przekonał mnie do stUdni - w tutejszych ludziach płonie prawdziwy ogień, mówiąc po Jezusowemu "są gorący", przyszła mi na myśl naszywka na torbie o.Krzysztofa - Holy Spirit. Extremely Creative".Poniedziałek 31.12.2012Dziś sylwester! Ostatni rok minął jak z bicza strzelił. Zrobiłem sobie w głowie szybkie podsumowanie -wypadło wcale nieźle. Na dłuższe deliberacje nie miałem czasu, gdyż z rana podjęliśmy przygotowania do zabawy. Jak wiadomo, trzeba zacząć od rozgrzewki. Wczuwając się w ducha czasu (na ekranach królował "Hobbit"), zagraliśmy w grę "karły, olbrzymy i czarodzieje", zrobiliśmy też dogrywkę bitwy pod Grunwaldem (w czasach rugania historii ze szkolnictwa czynem przyłożyliśmy rękę do jej popularyzacji) oraz w krzesełko (gra typowo stUdniowa - brutalna i wesoła). Ledwo otrzepaliśmy z siebie pył bitewny, już trzeba było ławy i stoły chować, napitki i dania szykować, pachy szorować, paznokcie malować oraz wykonywać inne czynności rozmaite. Po drodze malowaliśmy także nasze lampiony, na których mieliśmy zamieścić jakieś wydarzenia z ubiegającego roku, za które jesteśmy wdzięczni. Jak widać, stUdnia zapewnia również rozwój plastyczny. W końcu nadszedł wyczekiwany wieczór. Ruszyliśmy w tany, trwając na zabawie przez całą noc (oczywiście nad ranem część uderzyła w kimono. Niektórzy jednak przebawili całą noc). O północy próbowaliśmy puszczać nasze lampiony (niestety, silny wiatr pokrzyżował nam szyki), piliśmy szampana i obserowaliśmy sztuczne ognie - muszę przyznać Mikołajowi, że kupił całkiem zacne fajerwerki. Ledwo stojąc na nogach, o siódmej rano wgramoliłem się pod koc. Zaczął się kolejny dzień...Wtorek 1.1.2013...dzień powrotu. Oczywiście przed powrotem była jeszcze msza święta, poprzedzona noworocznym śniadaniem, po której odbył się noworoczny obiad (mniam, mniam). Następnie, jak chyba na każdym stUdniowym wyjeździe, miały miejsce obszerne podziękowania. Mi osobiście nasuwają się skojarzenia z podziękowaniami z amerykańskich książek - zawsze są bardzo długie i wylewne, i obejmują wszystkich, od żony autora po panią sprzątaczkę w wydawnictwie. Niemniej wydaje mi się to szalenie miłe. W podróży powrotnej był czas i na drzemkę, i na gadanie, i na film - oglądneliśmy Slumdoga. Taka wesoła bajka w sam raz na otwarcie nowego roku, pełnego wyzwań, ale skrywającego w sobie jeszcze więcej obietnic. Głęboko wierzę, że zarówno dla każdego z nas, jak i dla całej stUdni jako takiej, Duch Święty naszykował rzeczy wspaniałe i zadziwiające. Życzę Ci, czytelniku, byś potrafił je z Boża pomocą dostrzec i wykorzystać wszystkie te łaski, jakie Pan Bóg obficie będzie wylewał w tym 2013 roku. Chciałbym podziękować Mikołajowi i Magdzie za organizację, ojcom za codzienną mszę święta, oraz wszystkim za świetną atmosferę. Każdy wyjazd ze stUdnią jest dla mnie radosnym przeżyciem i mam nadzieję, że to nie ostatni, który miałem okazję pokrótce, Ci, drogi czytelniku, przybliżyć.Krzysztof Paradowski
Search
Sylwester 2012
Piątek 28.12.2012Wczesna pobudka w przerwie świątecznej nie jest czymś, co człowiekowi często się zdarza. No chyba, że dzieje się coś dużej wagi, jak na przykład wyjazd sylwestrowy ze stUdnią. Tego dnia wczesnym rankiem wyruszyłem do klasztory ojców dominikanów na Służewiu, gdzie już czekał autokar, wiozący nas do Hermanic. O podróży nie będę się rozpisywał - przypomnijcie sobie podróże autokarem, które mieliście okazję odbyć w życiu - tak, tak właśnie wyglądała. Na miejscu powitał nas zadbany ośrodek, z wieloma pokojami, kuchnią jadalnią oraz dużą świetlicą (na której znajdował się tłumnie oblegany zjadacz czasu, w postaci stołu bilardowego). Ponieważ był już wieczór, nasza działalność zogniskowała się na terenie rzeczonego ośrodka. Zagraliśmy w parę gier integracyjnych, potem zaś każdy integrował się we własnym zakresie. Duża liczba nowych twarzy po raz kolejny uświadomiła mi, że nasza stUdnia, jak na studnię przystało, jest bardzo pojemna i jest w niej więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje.Sobota 29.12.2012W góry! w góry miły bracie! Zgodnie ze słowami Wincentego Pola, kolejny dzień w dużej mierze poświęciliśmy górskim szlakom, choć bliżej było temu do rekreacji, niż forsownych przepraw. Po drodze zagraliśmy w osławioną grą (dez)integracyjną "molekuły", przybliżającą tajemnice chemii elementarnej oraz ćwiczącą przepychanie i rozbijanie się łokciami (cenna umiejętność, którą docenimy w metrze czy autobusie jadącym na uczelnię). Na górze czekały na nas podwoje karczmy, w której można było wygrzać zziębnięty kuper i wziąć coś na ząb. Z tarasu rozpościerała się wspaniała panorama okolicznych szczytów - jedna z rzeczy, których obietnicą góry kuszą najbardziej. W drodze w dół mogliśmy spróbować swoich sił w "bitwie pod Grunwaldem". Owa zabawa z silnymi elementami rekonstrukcji historycznej polega na wiernym odtworzeniu realiów średniowiecznej bitwy - a więc bezwładnym kłębowiskiem ciał, kończyn, ludzi i zwierząt (te ostatnie imitowali panowie), gdzie ponad zgiełk bitwy wybijały się okrzyki masakrowanych i padających pod kopyta jeźdźców (w tej roli panie). Wieczór tradycyjnie przyniósł odpoczynek i ukojenie po trudach dnia. Nie należy zapomnieć też o codziennie sprawowanej przez naszych ojców mszy św. Dzięki sekretnemu przejściu łączącemu ośrodek z kościołem, mogliśmy nie wystawiając nogi na dwór znaleźć się w kościele (gdy porównam to z korytarzem na Służewiu, zauważam, że dominikanie najwyraźniej lubują się w takich rozwiązaniach).Niedziela 30.12.1012Dziś jedność naszej grupy została rozdarta przez plany organizacyjne. Cześć osób, pod przewodem Magdy, udała się na basen (choć nazwa park wodny byłaby chyba odpowiedniejsza). Ponieważ tam nie byłem, opierając się na relacjach innych mogę stwierdzić, że najwyraźniej było "fajnie", "spoko" i "w porządku". Cieszy mnie to, gdyż nasza górska eskapada (z nami z kolei wyruszył Mikołaj) była również nad wyraz udana. I choć na szczycie dmiał lodowaty wiatr, a pod butami skrzypiał śnieg, nieulęknienie szliśmy górskim łańcuchem, podziwiając piękno przyrody. Co prawda, zima przejawiająca się brunatną glebą i łysymi koronami drzew, bardziej przypominała wiejską starowinę niż wyniosła królową z baśni Andersena, ale i tak można było poczuć klimat tej jedynej w swoim rodzaju pory roku. Wieczorem mieliśmy mały bonus - Roksana zaprezentowała nam tzw. "cuda na kiju", czyli dla nieznających fachowej terminologii - taki fire show polegający na kręceniu kijem poi, niczym Darth Maul w Mrocznym Widmie, w rytm muzyki. Muszę przyznać, że obraz ten uświadomiłem mi jeden z głównych powodów, który przekonał mnie do stUdni - w tutejszych ludziach płonie prawdziwy ogień, mówiąc po Jezusowemu "są gorący", przyszła mi na myśl naszywka na torbie o.Krzysztofa - Holy Spirit. Extremely Creative".Poniedziałek 31.12.2012Dziś sylwester! Ostatni rok minął jak z bicza strzelił. Zrobiłem sobie w głowie szybkie podsumowanie -wypadło wcale nieźle. Na dłuższe deliberacje nie miałem czasu, gdyż z rana podjęliśmy przygotowania do zabawy. Jak wiadomo, trzeba zacząć od rozgrzewki. Wczuwając się w ducha czasu (na ekranach królował "Hobbit"), zagraliśmy w grę "karły, olbrzymy i czarodzieje", zrobiliśmy też dogrywkę bitwy pod Grunwaldem (w czasach rugania historii ze szkolnictwa czynem przyłożyliśmy rękę do jej popularyzacji) oraz w krzesełko (gra typowo stUdniowa - brutalna i wesoła). Ledwo otrzepaliśmy z siebie pył bitewny, już trzeba było ławy i stoły chować, napitki i dania szykować, pachy szorować, paznokcie malować oraz wykonywać inne czynności rozmaite. Po drodze malowaliśmy także nasze lampiony, na których mieliśmy zamieścić jakieś wydarzenia z ubiegającego roku, za które jesteśmy wdzięczni. Jak widać, stUdnia zapewnia również rozwój plastyczny. W końcu nadszedł wyczekiwany wieczór. Ruszyliśmy w tany, trwając na zabawie przez całą noc (oczywiście nad ranem część uderzyła w kimono. Niektórzy jednak przebawili całą noc). O północy próbowaliśmy puszczać nasze lampiony (niestety, silny wiatr pokrzyżował nam szyki), piliśmy szampana i obserowaliśmy sztuczne ognie - muszę przyznać Mikołajowi, że kupił całkiem zacne fajerwerki. Ledwo stojąc na nogach, o siódmej rano wgramoliłem się pod koc. Zaczął się kolejny dzień...Wtorek 1.1.2013...dzień powrotu. Oczywiście przed powrotem była jeszcze msza święta, poprzedzona noworocznym śniadaniem, po której odbył się noworoczny obiad (mniam, mniam). Następnie, jak chyba na każdym stUdniowym wyjeździe, miały miejsce obszerne podziękowania. Mi osobiście nasuwają się skojarzenia z podziękowaniami z amerykańskich książek - zawsze są bardzo długie i wylewne, i obejmują wszystkich, od żony autora po panią sprzątaczkę w wydawnictwie. Niemniej wydaje mi się to szalenie miłe. W podróży powrotnej był czas i na drzemkę, i na gadanie, i na film - oglądneliśmy Slumdoga. Taka wesoła bajka w sam raz na otwarcie nowego roku, pełnego wyzwań, ale skrywającego w sobie jeszcze więcej obietnic. Głęboko wierzę, że zarówno dla każdego z nas, jak i dla całej stUdni jako takiej, Duch Święty naszykował rzeczy wspaniałe i zadziwiające. Życzę Ci, czytelniku, byś potrafił je z Boża pomocą dostrzec i wykorzystać wszystkie te łaski, jakie Pan Bóg obficie będzie wylewał w tym 2013 roku. Chciałbym podziękować Mikołajowi i Magdzie za organizację, ojcom za codzienną mszę święta, oraz wszystkim za świetną atmosferę. Każdy wyjazd ze stUdnią jest dla mnie radosnym przeżyciem i mam nadzieję, że to nie ostatni, który miałem okazję pokrótce, Ci, drogi czytelniku, przybliżyć.Krzysztof Paradowski
Search
2011
Search
2009-2010
Search
2007-2008
Search
2005-2006
Search
2003-2004
Search
2001-2002
Search
1999-2000
Search